Gdy zastanawiałem się, które historyczne zapiski powinny tutaj trafić, relacji z Piły nie przewidywałem do publikacji. Zdanie zmieniłem z kilku powodów. Był to pierwszy poważny start pod opieką Piotra pokazujący, że poukładany trening przynosi rezultaty. Wcześniej kilka razy próbowałem pokonać półmaraton poniżej godziny i pięćdziesięciu minut. Ale to były tylko życzenia. Nie przygotowywałem się pod ten wynik. Wyznaczałem sobie cel i pomimo podejmowanych wysiłków i walki na trasie brakowało mocy żeby go osiągnąć. 5 września 2010 roku, podczas 20. Międzynarodowego Półmaratonu Philipsa znacznie pokonałem i godzinę pięćdziesiąt, i jeszcze kilka minutowych granic. W zdaniach skreślonych po powrocie znajduję entuzjazm z pracy z Piotrem i rodzącą się pewność, że nadchodzący maraton będzie następnym sukcesem.
Po drugie, to właśnie w Pile spotkaliśmy się z Piotrem po raz pierwszy. A po trzecie, jest to tekst o tyle ciekawy, że pokazuje jak zmieniło się moje myślenie o zawodach. Dlatego, że oficjalne wyniki układane były wg czasów brutto, długo przywiązywałem wagę tylko do nich! Czy nie zabawnie brzmi stwierdzenie, że na starcie straciłem czterdzieści osiem sekund i już tego nie odrobiłem? Obecnie już coraz częściej tabele rezultatów zestawiane są na podstawie czasów netto (z wyjątkiem pierwszych pięćdziesięciu biegaczy). Przestałem też dywagować na temat faktycznie pokonanego dystansu. Jeżeli trasa jest atestowana, a na takich staram się biegać najważniejsze dla mnie zawody, przyjmuję że pokonałem pięć, dziesięć kilometrów czy maraton. To że nie biegłem po najkrótszej możliwej trasie nie ma znaczenia, w żaden sposób nie zmieni mojego wyniku. Zapomniałem też, że przed laty startowałem obciążony bidonem.
Od zakończenia biegu upłynęło dwadzieścia godzin, zmęczenie minęło, zaczyna dominować bliskie euforii uczucie ogromnego zadowolenia. "Wynikowo" jestem zadowolony na 97%. Marzyło mi się uzyskanie czasu brutto poniżej godziny i czterdziestu pięciu minut i to się nie udało. Szkoda, że jeszcze troszkę nie docisnąłem na końcówce i chociaż netto nie złamałem 01:45:00. Zabrakło sześciu sekund, a widząc, że łapię się brutto poniżej godziny i czterdziestu sześciu minut nieco odpuściłem na ostatnich dwudziestu, trzydziestu metrach. Teraz mam o to do siebie maleńką pretensję. Jednak z rezultatem 01:45:06 życiówkę poprawiłem o pięć minut dziewiętnaście sekund i to jest moim zdaniem znaczący progres, który cieszy!
Ogólnie, sportowo jestem bardzo zadowolony. W tej kategorii odczuwam pełne 100% zadowolenia! Podjąłem wyzwanie, walczyłem do końca, nie pękłem. Ukończyłem bieg bez żadnych urazów. Lekko nie było, ale nie było też sytuacji niebezpiecznych czy silnie kryzysowych. Byłem dobrze przygotowany do tego startu.
Do Piły dotarłem komfortowo. Wspólną podróż zaproponował Darek, ojciec jednej z najbliższych koleżanek Marty, który jest moim rówieśnikiem i jak się okazało też biega. Podróż jego wypasionym Passatem była wygodna i przyjemna. Dodatkowo mniej męcząca, bo nie musiałem prowadzić i bezkosztowa. Darek z rodziną mieszkał w pile przez kilka lat. Znajomość miasta pozwoliła nie kluczyć w poszukiwaniu biura zawodów czy hotelu i objechać trasę. Szczególnie to drugie okazało się bardzo dobrym pomysłem. Do dziś, o ile tylko mam taką możliwość, w przeddzień zawodów staram się zapoznać z przebiegiem trasy. Sobotni wieczór minął spokojnie: pasta party (szumna nazwa), kolacja w Sphinx'ie, krótki spacer po mieście i wcześnie do łóżka.
Śniadanie zjadłem obfite na trzy godziny przed startem. Potem położyłem się jeszcze na czterdzieści minut. Trochę po godz. 9-tej zacząłem niespieszne przygotowania (Vitargo na po zawodach, smarowanie, oklejanie i ubiór zdecydowanie dokładniejsze niż przed wyjściem na trening, a wszystko przerywane popijaniem wody). Zaczęły się nerwy, czyli niepokój przed wysiłkiem. Co i rusz odwiedzałem toaletę. Wszystko przeszło gdy wyszedłem z pokoju. Hotel opuściliśmy kilka minut po godz. 10-tej i okazało się, że trafiliśmy idealnie. Skończyliśmy rozgrzewkę tak, że nie czekaliśmy długo w strefie startowej. Lokalizacja hotelu tuż przy prostej startowej pozwoliła dodatkowo się nie obciążać. Zdecydowałem się nie zabierać bidonu, wziąłem żel i podjąłem niewielkie ryzyko polegające na piciu tylko w punktach przygotowanych przez organizatorów. Wczoraj zdało to egzamin, ale gdyby było cieplej napojów by brakowało.
Na podstawie wskazań Piotra założyłem: dwa pierwsze kilometry w tempie 05:10, kolejne szesnaście trochę szybciej (05:00) i przyspieszenie do mety (04:44). Liczyłem że uda mi się tak ustawić, aby nie stracić na pierwszym kilometrze. Niestety przed linią startu było bardzo ciasno i minąłem ją dopiero po 48 sekundach od strzału startera. Już tego nie odrobiłem. Przez pierwsze trzy czy nawet cztery kilometry nie mogłem ustabilizować tempa, bardzo szarpałem.Garmin co kilka sekund sygnalizował, że jest albo za wolno, albo za szybko. Założeń na pierwsze dwa kilometry nie zrealizowałem. Pod koniec piątego kilometra poczułem zadowolenie z biegu. To mnie uspokoiło i choć nie trwało długo pozwoliło, myślę, złapać rytm. Kolejne kilometry biegłem w tempie zbliżonym do 05:00. Niestety jedno czy dwusekundowe straty na kilometrze kumulują się w kilkadziesiąt na linii mety. Pierwszy podbieg nie był specjalnie trudny, nawet przyspieszyłem, żeby szybciej mieć go za sobą. Dość szybko też wyrównałem oddech, wróciło wcześniejsze samopoczucie. Bardzo fajny był przebiegany wtedy zacieniony odcinek trasy prowadzący wzdłuż ogródków działkowych. Drugi podbieg był trudniejszy i kosztował mnie więcej zdrowia, dużo dłużej go czułem. I prosta po nim prowadząca do nawrotu bardzo się dłużyła. Po drugim podbiegu, po mniej więcej godzinie biegu zjadłem pół tubki żelu, który trochę mnie zakleił. Byłem na to przygotowany i był to element podjętego ryzyka. Planowałem jeść w tym miejscu i wiedziałem, że do picia będę miał jeszcze ok. dwóch kilometrów. Gdy zauważyłem, że zbliżam się do ostatniego punktu dokończyłem żel i popiłem wodą. Nie wiem czy mi pomógł. Tak samo jak nie umiem powiedzieć czy Vitargo Carboloader pite od czwartku do soboty w objętości dwóch saszetek dziennie dało mi dodatkową energię. Jeżeli chodzi o korzystanie z wody podawanej przez organizatorów, to na pierwszym punkcie było ok. Trafiłem na prawie pełen kubeczek. Na kolejnych łapałem już mniej napełnione i trochę brakowało jeszcze jednego dużego łyka.
Po osiemnastu kilometrach miałem trudność z przyspieszeniem. Zupełnie jak po długim wolnym wybieganiu. Wydawało mi się, że w stawach biodrowych jestem zupełnie nie rozruszany. Na przestrzeni całego biegu odczuwałem większe trudności z nogami, jakby były trochę za słabe, niż z sercem czy oddechem. Biegliśmy długą prostą wzdłuż lasu, który zasłaniał nas od wiatru. A na niebie właśnie wtedy było mniej chmur. Zrobiło się trochę za ciepło. I już pogodziłem się z tym, że nie przyspieszę, kiedy ze zdziwieniem zorientowałem się, że biegnę szybciej. Sama już końcówka do ostatniej prostej wiodła z górki i tam puściłem nogi swobodnie. I utrzymałem to tempo biegnąc ostatnie kilkaset metrów poniżej 04:30! Że udało mi tak przyspieszyć i utrzymać to tempo do samej mety jestem bardzo zadowolony. Cieszą mnie również bardzo wskazania na punktach kontroli czasu. Pierwsze pięć kilometrów przebiegłem w czasie brutto 00:26:08 (05'14"/km) i byłem na 1039 pozycji. Kolejną piątkę pokonałem w 00:25:11 (5'02"/km) i przesunąłem się na 978 miejsce. Przebiegnięcie następnych pięciu kilometrów zajęło mi 00:25:15 (5'03"/km, cały czas trzymałem tempo) co pozwoliło zająć 940 pozycję. Wynika z tego, że ostatnie sześć kilometrów z haczykiem przebiegłem w średnim tempie 04:49 lub szybciej (!!!) i ukończyłem bieg jako 851 zawodnik kategorii open (nie do końca wiem jak długi był haczyk - oficjalnie pokonany dystans to 21,097km, ale z pewnością nie biegłem po optymalnej linii biegu, a Garmin pokazał 21,297km). Prawidłowe rozegranie taktyczne biegu potwierdza jeszcze jedno ćwiczenie, które wykonałem. Sprawdziłem wyniki kilku panów, którzy na zdjęciach zrobionych zaraz po starcie, na piątym kilometrze i na początku piętnastego biegli obok mnie. Wybierałem jedynie mężczyzn niezależnie od wieku, których numery startowe mogłem łatwo odczytać. I okazuje się, że na siedmiu takich współbiegnących tylko jeden osiągnął metę przede mną! Oczywiście ma to sens przy założeniu, że wszyscy biegną z myślą o jak najlepszym wyniku, a pewnie było wśród nich kilku, którzy zamierzali jedynie ukończyć bieg. Niewątpliwie jednak na ostatnich dwóch kilometrach wyprzedziłem kilkunastu biegaczy i pomimo zmęczenia było to fantastyczne uczucie.Szczegółowa analiza biegu sprawia, że poziom zadowolenia wzrasta, wzrasta i wzrasta. :)
Co spowodowało zatem, że nie pobiegłem poniżej godziny i czterdziestu pięciu minut? Po pierwsze strata ze startu, po drugie te sekundowe różnice w stosunku do zakładanego tempa i po trzecie, czego nie da się uniknąć, przebiegnięcie dłuższego dystansu niż atestowana długość trasy. Np. przy tempie 4'50"/km, dwieście metrów więcej to dodatkowe 58 sekund.
Nie znajduję w zasadzie niczego co można by zrobić lepiej. Logistycznie, organizacyjnie, mentalnie i sportowo udało mi się rozegrać ten bieg prawie idealnie. Lokalizacja hotelu i możliwość późniejszego opuszczenia pokoju były super. Podobnie mam już załatwione w Poznaniu (hotel Park z opcją późniejszego wykwaterowania). Pogoda dopisała i chyba nie można mieć pod tym względem żadnych zastrzeżeń. Oczywiście można było się zmusić do nieco większego wysiłku. Teraz tak się wydaje, na trasie wyglądało to inaczej. Oznaką, że byłem mocno zmęczony było wrażenie chłodu odczuwane niedługo po kąpieli. Tak mi się zdarza czasami po mocnych treningach i po niektórych startach. Ustępuje rozgrzanie organizmu i robi się zimno. To przechodzi po kilkunastu minutach. Trzeba założyć dodatkową warstwę. Pomaga ciepła herbata. Czasami przyjmuję Upsarin C.
Organizacją imprezy jestem trochę rozczarowany. Od tak renomowanego biegu i od Mistrzostw Polski w Półmaratonie spodziewałem się więcej. Moim zdaniem poprawić by należało:
1. Pasta Party - kiedy ja tam byłem wyglądało to trochę jak scena w barze, w filmie "Miś". Pac łychą do plastikowej miseczki. Darek popatrzył na porcję i zapytał czy to ma dać jutro więcej energii?
Jeżeli nie można lepiej, może należałoby zrezygnować.
2. Strefę startu - dobrze byłoby przenieść w miejsce gdzie byłoby szerzej.
3. Punkty z napojami na trasie. Są zdecydowanie za małe na tylu startujących. To powinny być szeregi stołów i duuużo napełnionych kubeczków. Obsługujących też chyba było za mało. Pod tym względem najlepiej wypada Grodzisk Wielkopolski gdzie biegnie się w szpalerze młodzieży oferującej wodę lub izotoniki.
4. Tłok zaraz za metą i dekoracje już trwające gdy połowa zawodników jest jeszcze na trasie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz