Od momentu gdy podjąłem decyzję o starcie w maratonie, gdy
bieg przestał być marzeniem, a stał się konkretną datą, godziną i miejscem
startu, zależało mi na zdobyciu odznaki Korona Maratonów Polskich. Oceniałem,
że ukończenie w okresie dwóch lat kalendarzowych (nie w ciągu dwudziestu
czterech miesięcy!) zawodów w Dębnie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu i Warszawie
to znaczące osiągnięcie. Pewnie tak było. Wśród biegaczy, na forach częściej
trafiałem na dyskusje na temat „zrobienia Korony”. Mam wrażenie, że obecnie
straciło to na znaczeniu. Sam często zapominam, że mam dyplom i znaczek
potwierdzające wypełnienie wymagań. Dawno też nikt mnie nie pytał na ten temat,
nic nowego nie czytałem. Inna sprawa, że zupełnie przestałem interesować się zagadnieniem.
Po ukończeniu maratonów w Krakowie, Poznaniu i Dębnie
pozostały mi do przebiegnięcia wyścigi we Wrocławiu i ponownie w Warszawie.
Żeby spełnić wymagania należało oba pobiec w 2011 roku, czyli w odstępie dwóch
tygodni. We Wrocławiu chciałem uzyskać rezultat na poziomie 3:50. Warszawę planowałem tylko spokojnie zaliczyć, ciesząc się ze zdobycia nagrody.
Start okazał się dużym rozczarowaniem. Tym większym, że
niespodziewanym. Czułem się znakomicie, byłem przekonany o dobrym przygotowaniu
i wydaje mi się, że należycie skoncentrowany. Niepokoiła mnie tylko pogoda i ta
okazała się kluczowa.
Plan treningowy miałem tak ułożony, że na dwa tygodnie przed
startem zacząłem biegać rzadziej, na krótszych dystansach, choć intensywność
niektórych zajęć pozostała dość wysoka. W rezultacie czułem się wypoczęty i
bardzo chciało mi się biegać. Niecierpliwie czekałem na każde wyjście na
trening czy nawet na rozruch.
Z zadowoleniem przyjąłem możliwość wyjazdu do Wrocławia
już w piątek. W drodze więcej walczyłem z niewyspaniem spowodowanym bardzo wczesną pobudką i z monotonią sześciu godzin za kierownicą, niż rozmyślałem o biegu. Gdy jednak
wjechałem do miasta, pojawiły się pierwsze emocje. Na każdym skrzyżowaniu
zastanawiałem się czy aby nie tędy poprowadzona została trasa maratonu.
Obowiązki służbowe przerwały na kilka godzin te sportowe skojarzenia. Swego
rodzaju uspokojenie poczułem gdy po południu zaczęła się biegowa część pobytu. O sprawach zawodowych mogłem chwilowo zapomnieć i skoncentrować
się tylko na zawodach. A bieg był we mnie, choć nie w każdej chwili czułem to
bezpośrednio. Zauważyłem np., że podczas późnego lunchu, gdy czekałem na porcję
makaronu nie potrafiłem skoncentrować się nad lekturą. Myśli uciekały, niby rozumiałem czytane
słowa, ale całości tekstu nie przyjmowałem. I takich momentów specyficznej dekoncentracji było kilka w ciągu całego popołudnia.
Fajną sprawą i myślę, że przydatną były trzy kwadranse spaceru w okolicach hotelu. Obejrzałem kilka małych uliczek z zabudową jednorodzinną i przeszedłem się przez Park Południowy, który okazał się znakomitym miejscem na sobotni rozruch.
Spałem nie najgorzej, ponad dziewięć godzin. W hotelu nie było pełnego spokoju i głębokiej ciszy; za dużo gości, za dużo imprez. A taki ruch, drgania, których nie mam na co dzień w domu, nie pomagają mi zapaść w prawdziwie głęboki sen. Obudziłem się sztywny i mało ruchliwy. Z radością przyjąłem perspektywę rozruchu, perspektywę biegania. Trzy kwadranse, sześć kilometrów spokojnego biegu i dziesięć minut ćwiczeń dały wielką frajdę. Rozruszałem się, poczułem przypływ wewnętrznej energii i spokoju, przekonania, że będzie dobrze. Nie czułem też obaw przed maratońskim dystansem, przed długim wysiłkiem.
Pogoda była bardzo odpowiednia do biegania. Zupełnie nie wiało, niebo było zachmurzone, a temperatura nieco poniżej 20 °C. Jednak około południa chmury się rozsunęły, zrobiło się słonecznie i ciepło. Prognozy upalnej niedzieli wydawały się być bardzo realne. Powoli zacząłem tracić nadzieję, że się nie sprawdzą. Ale pozostałem spokojny, wierzyłem, że sobie poradzę.
Sobota minęła leniwie i bez pośpiechu. Oszczędzałem energię. Po południu zdrzemnąłem się chwilę. Przyśnił mi się finisz biegu. I obudziłem się z mocno bijącym sercem. Emocje rozładowywałem między innymi głośno słuchając w samochodzie kilku numerów AC/DC. Chciałem i wyrzucić z siebie kumulującą się adrenalinę, a jednocześnie pozostać w emocjonalnym gazie. W biurze zawodów przed południem tłoku nie było. Szybko odebrałem pakiet i dowiedziałem się gdzie najlepiej szukać miejsca parkingowego gdy już przyjadę na bieg. Po raz pierwszy zobaczyłem też sławną aleję prowadzącą do Stadionu Olimpijskiego, na której znajduje się i start i meta maratonu. Robi wrażenie! Cieszyłem się, że finał będzie tak atrakcyjny; najładniejszy z moich wszystkich dotychczasowych maratońskich finiszów. Wierzyłem, że będzie ładny również ze względu na rezultat. I znowu pojawiły się emocje.
Po raz pierwszy przed maratonem spałem słabo. Do północy nie mogłem zasnąć i w rezultacie obejrzałem w RTL walkę Adamka z Kliczko. Potem obudziłem się o 4:30 i kolejne półtorej godziny do pobudki bardziej drzemałem niż spałem. Po śniadaniu wyszedłem na dziesięciominutowy spacer wokół hotelu.
Gdy wyjechałem w stronę Stadionu Olimpijskiego poczułem ssanie w dole brzucha. Ale i radość, że to już za chwilę. Miałem trochę trudności ze znalezieniem miejsca do parkowania. Duża część terenu była już zamknięta i nie dojechałem do parkingów, o których dowiedziałem się w sobotę. W rezultacie do szatni trafiłem dziesięć minut później niż planowałem, ale nie wpłynęło to na ostatnie przygotowania. Normalna rozgrzewka z czterema przyspieszeniami na koniec, ostatnie siusianie i można było skierować się do strefy startowej. Przed godziną 9:00 na odkrytym placyku, na którym się rozgrzewałem temperatura nie doskwierała, a w miejscach zacienionych było wręcz rześko. Tylko spiker zapowiadał, że na trasie może być trudno ze względu na upał i na ciśnienie (do tej pory nie interesowałem się wpływem ciśnienia atmosferycznego na bieganie i nie wiem czy istnieje jakiś związek). Użył też bardzo adekwatnego stwierdzenia, że słońce szczerzy zęby do maratończyków. Nie bardzo się tym przejmowałem, nastawiałem się na mocny bieg i byłem przekonany, że scenariusz realistyczny (wynik w granicach ciut poniżej 3:53) jestem w stanie zrealizować i w tych warunkach. Podjąłem decyzję, że moim celem jest walka o rezultat, a nie po prostu przebiegnięcie maratońskiego dystansu. Powtarzałem sobie, że to jest mój dzień.
Pierwszy krok zrobiłem dwadzieścia sekund po strzale
startera, a linię startu przekroczyłem po minucie i czterdziestu sekundach. Od
początku bardzo pilnowałem tempa, wiedziałem, że wszystko zależy od dyscypliny.
Z powodu tłoku po starcie pierwszy kilometr był wolniejszy niż w planie. Od
drugiego zacząłem dochodzić do tempa planowanego na co najmniej dwadzieścia
pięć kilometrów (5'30”/km). Biegło mi się znakomicie, swobodnie, z dużą frajdą.
Nie miałem pulsometru. Czułem, że pracuję na stosunkowo niskiej intensywności.
Umacniałem się w przekonaniu, że jest dobrze. Może poczułem się zbyt pewnie, bo
zapomniałem o jedzeniu. Choć wodę popijałem regularnie od samego początku. Tuż
przed punktem z napojami na jedenastym kilometrze ośliniło mnie, że przecież
najwyższy czas na pierwszy żel. Wcześniej planowałem jeść mniej więcej od tego
miejsca i dalej co pięć kilometrów. Ale dzisiaj ani żeli PowerBar ani
Powerade'a organizm chętnie nie przyjmował. Coś nie tak było z moim brzuchem.
Nie dokuczał, ale był nie swój. Zastanawiałem się czy to nie rezultat
korzystania z pasa, który aby nie przeszkadzał i nie obijał się musi być mocno
ściągnięty. Niby jestem do tego przyzwyczajony, na każdym długim treningu
biegam z pasem, ale dziś idealnie nie było.
Już od dziesiątego kilometra wielu uczestników szło. Czyżby w mojej strefie czasowej ustawiło się aż tylu debiutantów? Czy może metoda Galloway'a staje się coraz bardziej popularna? Wyprzedzałem ich i jeszcze bardziej podbudowywałem się psychicznie. Temperatura nie dawała się we znaki. Nie odczuwałem jej. Było dość wcześnie i słońce nie podniosło się jeszcze wysoko. A do półmetka trasa wytyczona została miejscami w dużej części zacienionymi. Brakowało mi atrakcji wzdłuż trasy. I nie chodzi mi o miejsca, przez które biegliśmy, bo ze wszystkich moich maratonów rozgrywanych w miastach Wrocław jest najładniejszy. Mało było „motywujących zdarzeń”. Jedna orkiestra wojskowa, jeden zespół, jeden bębniarz i to wszystko. W okolicach Mostu Grunwaldzkiego ktoś wystawił głośniki na balkon i odtwarzał „We are the Champions”.
Pierwszą dychę zrobiłem w 55:36 i w żaden sposób
nie niepokoiłem się szesnastoma sekundami straty w stosunku do planu. Pomimo,
że na punkcie kontrolnym na dwudziestym pierwszym kilometrze ta teoretyczna strata
wzrosła do mniej więcej jednej minuty (1:57:01), nadal uważałem, że biegnę zgodnie z
planem. Nie spodziewałem się trudności z przyspieszeniem od trzydziestego, może
trzydziestego piątego kilometra. Tuż przed półmetkiem wyprzedziłem młodego
chłopaka, z którym biegłem i w Dębnie, i w połówce z Kruszwicy do Inowrocławia.
Przybiliśmy piątki, a kolega biegacz powiedział, że dzisiaj jest bardzo ciężko.
Z planu trasy wynikało, że niedługo wbiegniemy na tereny zupełnie odkryte i
dlatego odparłem, że ciężko to dopiero będzie. I wykrakałem.
Pomiędzy dwudziestym piątym i dwudziestym siódmym kilometrem
zlokalizowane były dwa podbiegi. Trasa wiodła tam nową szeroką jezdnią po
wiadukcie i estakadzie zupełnie pozbawionych cienia. Większość pokonywała te
miejsca marszem, ja biegłem starając się utrzymać tempo. Mimo, że trochę
zwolniłem forma w jakiej je pokonałem bardzo mnie ucieszyła i podtrzymała
przekonanie, że wszystko idzie zgodnie z planem. Nawet namawiałem młodego
długasa, z którym już się spotykaliśmy na zawodach, aby do mnie dołączył, że go
pociągnę. Bo przecież wysocy rządzą.
Wyprostowało mnie nagle. Na końcu dwudziestego ósmego kilometra. W jednej chwili stanąłem na baczność. Uff, będzie ciężko. Sekunda i uleciała ze mnie cała pewność. Zwolniłem, kolejne sześć kilometrów pokonałem w średnim tempie 5”55”/km. Na punkcie kontrolnym umiejscowionym po trzydziestu kilometrach miałem czas 2:48:22. Strata do planu była już duża, ale nadal była szansa na rekord życiowy. Jednak po kolejnych trzech kilometrach musiałem się zatrzymać. Maraton zaczyna się po trzydziestce. Zupełnie nie miałem sił. I stawiając pierwsze kroki marszem zataczałem się, nogi się pode mną uginały. Co ciekawe, jeszcze biegnąc, chwilę wcześniej zupełnie nie spodziewałem się takiej reakcji. Co jakiś czas podejmowałem próby wolnego biegu czy truchtu, ale było to bardzo trudne. Ze sztywnością nóg można było sobie poradzić. Problemem był zupełny brak mocy. Bardzo dużo piłem. I takim człapanym marszobiegiem, w którym było więcej marszu niż biegu, dotarłem do mety. A wokół jeździły karetki, kilka osób leżało wzdłuż trasy, paru wymiotowało. Internetowe serwisy pogodowe informowały, że temperatura odczuwalna kształtowała się na poziomie 31 °C. Przez chwilę rozmawiałem z młodszym ode mnie biegaczem z życiówką 3:35, który również szedł. Nie mogę uwierzyć, że pomimo tak fatalnej końcówki we wszystkich kategoriach znalazłem się w pierwszej połowie uczestników. Przecież na ostatnich kilometrach wszyscy mnie wyprzedzali. Nie poprawia to jednak mojego nastroju. I chociaż wydaje mi się, że więcej zrobić nie mogłem czuję wstyd. Że szedłem. Bo przecież tak często podkreślałem, że amatorsko uprawiam bieganie maratońskie, bo z pewnym niesmakiem traktuję metodę Galloway'a. Sprawdziło się to powiedzenie, że maratończyka nie poznaje się po tym jak zaczyna, a po tym jak kończy.
Dzień przed startem trafiłem na wyprzedaży koszulkę Nike'a z hasłem "running sucks". Jest to oczywiście świadoma prowokacja, gra słów wulgaryzmem. Tłumaczyłem ten komunikat jako „bieganie wciąga” lub „bieganie wkręca”. W moim przypadku wrocławski maraton sprawił, że tłumaczenie powinno brzmieć „bieganie wysysa”. Ze mnie wyssało na trasie wszystkie siły.
Darek napisał mi SMS'a, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, że to nie
były warunki na poprawianie życiówki. Niby tak, ale w końcu do tego właśnie się przygotowywałem. Pracowałem z założeniem, że będzie to mój
najszybszy maraton. I nie można było nie spróbować. Nie można było nie podjąć
walki. Przegrałem z pogodą, przegrałem z kretesem. Być może też przegrałem z
własną pewnością siebie, bo oczywiście pojawia się wątpliwość czy wszystkie
powody słabego występu leżą poza mną. Być może też nie podjąłem tej prawdziwej
walki gdy naprawdę trzeba było. Za dwa tygodnie Warszawa. I będzie to niełatwe,
ale i ciekawe wyzwanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz