sobota, 9 listopada 2013

Pierwsza dycha, pierwsza połówka

Kilka tygodni później wystartowałem po raz pierwszy. 6 grudnia 2008 roku ukończyłem Bieg Mikołajkowy organizowany w Lesie Kabackim przez KB Gymnasion. Wtedy jeszcze istniał. Poniżej fragmenty notatek z dzienniczka treningowego.

Debiut, który dał mi dużo satysfakcji i zadowolenia. Towarzyszyły mu również pewne emocje (swego rodzaju podniecenie i trema), których się nie spodziewałem. Być może te wrażenia, to opisywany w wielu miejscach stan startowy; mobilizujący i pomagający uzyskać dobry wynik.
Organizacja bardzo przyzwoita i sprawna. Uczestniczyło ponad 200 osób, z których większość dobrze się znała i występowała we wcześniejszych imprezach.
Czas jaki uzyskałem to 50:33! W kategorii "open" zająłem 129 miejsce.
Z pewnym nadmiarem zrealizowałem to co sobie sam założyłem. Pierwsze pięć kilometrów przebiegłem w średnim tempie 5:16 (planowałem 5:20). Tylko na piątym kilometrze biegłem poniżej 5:00 - nie pamiętam powodów, dla których tak przyspieszyłem; raczej nieświadomie. Kolejne cztery kilometry biegłem prawie idealnie 5:10 (planowałem przebiec trzy w takim tempie). Na ostatnie dwa zakładałem możliwie maksymalne przyspieszenie (5:00 lub szybciej). Udało się na ostatnim odcinku. Finisz długi na dwa tysiące metrów to dla mnie zbyt dużo jak na razie. Końcowe pięćset metrów biegłem pracując na poziomie 99% tętna maksymalnego, czyli uważam, że dobrze rozłożyłem siły. Szybciej nie można było.
Jedyne rozczarowanie, to to, że trasie w Lesie Kabackim brakuje do dychy ok. dwustu pięćdziesięciu metrów, czyli, zgodnie z tym co podają organizatorzy, ma długość około dziesięciu kilometrów. Mój czas jest zatem wynikiem (życiówką) na tej trasie, a nie na dyszkę. Z obliczeń wynika, że tę pokonałbym w czasie ok. 51:30.

Biegałem coraz więcej i coraz bardziej wydłużałem dystanse. Nadal przewagę treningów stanowiły wspólne z psami galopady. Ale raz w tygodniu, czasami dwa wychodziłem na samodzielne bieganie. Pochłaniałem kolejne pozycje o bieganiu, o strojach, o butach. Obkupiłem się i już nie chciałem korzystać z obszernych, luźnych bawełnianych dresów. Powoli też przestałem bać się twardych nawierzchni i coraz częściej (i swobodniej) biegałem po szosie.

1 marca 2009 roku po raz pierwszy wystartowałem w półmaratonie. To był XXIX Półmaraton Wiązowski. Długo nie mogłem ochłonąć z emocji, które towarzyszyły temu wydarzeniu. Przez kilka dni nimi żyłem. Czułem się wyjątkowo. Wydawało mi się, że dokonałem czegoś wielkiego. Nie sposób było nie napisać kilku zdań.

To wydaje się nieprawdopodobne. Pod koniec października zacząłem biegać dalej niż dziesięć kilometrów. Na początku listopada zakiełkowała mi w głowie myśl o półmaratonie. Dzisiaj, czyli cztery miesiące później, przebiegłem mój pierwszy półmaraton! Przebiegłem go w czasie 01:50:58, z którego jestem bardzo zadowolony. Mam 44 lata, warunki fizyczne do koszykówki i biegam długie dystanse; biegam je z ogromną przyjemnością! A w głowie coraz więcej myśli, aby za pół roku z kawałkiem zmierzyć się z maratonem. Kosmos!

Czekałem na tę imprezę i bałem się jej. Przewiało mnie w ubiegłą niedzielę i do dzisiaj czuję ból w klatce piersiowej i w plecach. W piątek w zasadzie nie mogłem się ruszyć; szczególnie odwrócić. Dzisiaj rano zastanawiałem się czy nie przeginam nadal planując start. Drugim powodem do obaw były informacje, że w Wiązownie zawsze wieje; bałem się i o warunki w jakich przyjdzie biec, jak i o odpowiedni ubiór (szczególnie czując skutki zawiania). Wszystko było ok, a pogoda pięknie słoneczna.

Super impreza, dobrze zorganizowana, z przyzwoitym zapleczem na dziedzińcu szkoły i w budynku. Usytuowanie startu w centrum sprawia, że cała miejscowość nią żyje. Zaraz po wjeździe widać tylko bardzo licznie zaparkowane samochody oraz uczestników biegu głównego i imprez towarzyszących.

Z wyniku jestem bardzo zadowolony. Jakieś piętnaście kilometrów, a nawet więcej, biegło mi się bardzo lekko. Międzyczasy pokazują, że do końca siedemnastego stale przyspieszałem! Dwa lekkie podbiegi zaraz po nawrocie pokonałem, jakbym ich nie zauważył. Biegło mi się do tego stopnia łatwo, że zapomniałem o jedzeniu. Dopiero na trzynastym kilometrze przyjąłem pierwszą porcję żelu. Najtrudniejsze okazały się kilometry osiemnasty i dziewiętnasty. Biegłem ten odcinek siłą woli, zmagając się z wrażeniem, że zaraz się przewrócę. Przetrwałem, a dalej było tylko lepiej; ostatnie tysiąc trzysta metrów to mój najszybszy odcinek na całej trasie. Choć ostatnia prosta bardzo się dłużyła! Nagrodą była możliwość usłyszenia spikera zapowiadającego, przekraczam metę. Nauczony przez czasopisma piszące o bieganiu pamiętałem o uśmiechu, aby dobrze wypaść na zdjęciach :)

Gdybym start miał podsumować jednym zdaniem: jest super! Podczas tych najtrudniejszych kilometrów myślałem, że nad maratonem to jednak trzeba się zastanowić. Dwadzieścia cztery godziny później już brakuje mi biegu i emocji rywalizacji. Nie mam zakwasów! Trochę bolą nogi powyżej stawów stawów skokowych po wewnętrznej stronie, ale przyjmuję to jako coś normalnego po długim biegu po twardej nawierzchni. Najbliższe bieganie planuję w czwartek. Wydaje mi się, że cztery doby przerwy będą wystarczającą regeneracją. Buty sprawdziły się znakomicie. Jest to jednak element bardzo istotny i muszę stale szukać modelu idealnego.

Dzisiaj nie entuzjazmowałbym się coraz szybszym biegiem przez siedemnaście kilometrów skoro nie miałem sił aby dalej przyspieszać lub co najmniej utrzymać tempa. Pamiętam te dwa kilometry. Słabłem, było naprawdę trudno. Ironizowałem z samego siebie, że maraton mi się marzy, a nie potrafię sprawnie pokonać dwudziestki. Cóż, każdy kilometr przebiegnięty od tamtego czasu, każdy bieg, każdy start przynosiły nowe doświadczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz