czwartek, 7 listopada 2013

Początki

Biegać zacząłem trochę przypadkiem. Jakiś czas po przeprowadzce pod Warszawę zamieszkały z nami dwa psy w typie syberian husky. Xara, mniej więcej dwuletnia suka i Roger, jej szczeniak. Trzeba było zapewnić im porcję ruchu. I tak od jesieni 2007 roku do pobliskiego lasu wychodziliśmy już nie na spacery, a na bieganie. Najpierw zupełnie bez przygotowania, w dżinsach, w butach nie zapewniających przyczepności, w obrożach, ze smyczami przypiętymi bezpośrednio do paska. Bo puszczenie tych psów luzem to duże ryzyko. Jak poczują zwierzynę, pójdą w las i mogą nie wrócić na wołanie. Nawet te ułożone, a tresura jest wymagająca. I zmienia ich charaktery. To psy północy, psy pierwotne (grupa V wg klasyfikacji FCI) i niech takimi pozostaną. Kocham je właśnie za niezależność, żywiołowość, niechęć do podporządkowania.

Szczególne to było bieganie, zupełnie niezgodne z zasadami. Ze zdrowym rozsądkiem też nie bardzo. Haszczaki musiały zaspokoić swoją potrzebę pędu. I przez pierwszy kilometry, a często dłużej,  gnały na złamanie karku, szły na maksa. A ja za nimi . Po leśnych wertepach, korzeniach, błocie, kałużach, mokrych liściach. Potem uspakajały się nieco, zwalniały. Często stawały. Na siku, na kupę czy na wąchanko. Jeżeli jakiś krzaczek, sterta liści, pień drzewa pachniały interesująco przerwa trwała dłużej. Psy na szeroko rozstawionych łapach intensywnie poznawały zapach. A gdy znalazły trop szarpały gwałtownie i puszczały się znowu  bardzo szybkim biegiem. Jednym słowem interwał, tylko przerwy różnej długości. Nie powiem, czułem kręgosłup po takich treningach.
Z czasem nabyłem i specjalne szelki żeby czworonogi nie były zaprzęgane za szyję, i pas dla siebie zdecydowanie zmniejszający obciążenia odcinka lędźwiowego. Ale pierwszy sezon jesienno-zimowy przebiegałem w starych bawełnianych dresach, kurtce narciarskiej i ciężkich butach trekkingowych. Nie wiedziałem, że istnieją tkaniny techniczne, że jest obuwie do biegania w terenie.

Z wcześniejszych lat nie mam wielu biegowych wspomnień. Jedno jest ważne. Prorocze. Miałem może dwadzieścia dwa lata. Koleżanka, znając moją sportową historię, poprosiła mnie żebym pobiegał z jej gościem, Finem, amatorem joggingu. Wróciłem zmęczony, zadowolony i pełen zapału do regularnego biegania. Pamiętam, że powiedziałem tacie, iż fajnie byłoby ukończyć kiedyś maraton.

W kresie gdy grałem w koszykówkę treningi biegowe, w terenie czy na stadionie, nie były dla mnie problemem. Lubiłem je, na tle drużyny  wypadałem podczas nich lepiej niż w trakcie specyficznych koszykarskich zajęć. Szeryf też dobrze biegał. Lepiej ode mnie. W bieganiu liderami byli dwaj  środkowi, dwa dwumetrowe dryblasy.

Gdy zamieszkaliśmy w pierwszym własnym mieszkaniu też miałem biegowy zryw. Przez kilka dni wstawałem rano, biegałem, skakałem na skakance. Żeby być fit. Zapału starczyło może na trzy tygodnie. Popełniłem pospolity błąd początkujących. Chciałem za dużo, za szybko. Nie potrafiłem biegać odpowiednio wolno, zmęczyłem się, zniechęciłem i zarzuciłem aktywność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz