Biegać zacząłem trochę przypadkiem. Jakiś czas po
przeprowadzce pod Warszawę zamieszkały z nami dwa psy w typie syberian husky.
Xara, mniej więcej dwuletnia suka i Roger, jej szczeniak. Trzeba było zapewnić
im porcję ruchu. I tak od jesieni 2007 roku do pobliskiego lasu wychodziliśmy już
nie na spacery, a na bieganie. Najpierw zupełnie bez przygotowania, w dżinsach,
w butach nie zapewniających przyczepności, w obrożach, ze smyczami przypiętymi
bezpośrednio do paska. Bo puszczenie tych psów luzem to duże ryzyko. Jak
poczują zwierzynę, pójdą w las i mogą nie wrócić na wołanie. Nawet te ułożone,
a tresura jest wymagająca. I zmienia ich charaktery. To psy północy, psy
pierwotne (grupa V wg klasyfikacji FCI) i niech takimi pozostaną. Kocham je
właśnie za niezależność, żywiołowość, niechęć do podporządkowania.
Szczególne to było bieganie, zupełnie niezgodne z zasadami.
Ze zdrowym rozsądkiem też nie bardzo. Haszczaki musiały zaspokoić swoją
potrzebę pędu. I przez pierwszy kilometry, a często dłużej, gnały na złamanie karku, szły na maksa. A ja
za nimi . Po leśnych wertepach, korzeniach, błocie, kałużach, mokrych liściach.
Potem uspakajały się nieco, zwalniały. Często stawały. Na siku, na
kupę czy na wąchanko. Jeżeli jakiś krzaczek, sterta liści, pień drzewa
pachniały interesująco przerwa trwała dłużej. Psy na szeroko rozstawionych
łapach intensywnie poznawały zapach. A gdy znalazły trop szarpały gwałtownie i puszczały
się znowu bardzo szybkim biegiem. Jednym
słowem interwał, tylko przerwy różnej długości. Nie powiem, czułem kręgosłup po
takich treningach.
Z czasem nabyłem i specjalne szelki żeby czworonogi nie były
zaprzęgane za szyję, i pas dla siebie zdecydowanie zmniejszający obciążenia
odcinka lędźwiowego. Ale pierwszy sezon jesienno-zimowy przebiegałem w starych
bawełnianych dresach, kurtce narciarskiej i ciężkich butach trekkingowych. Nie wiedziałem,
że istnieją tkaniny techniczne, że jest obuwie do biegania w terenie.
Z wcześniejszych lat nie mam wielu biegowych wspomnień. Jedno
jest ważne. Prorocze. Miałem może dwadzieścia dwa lata. Koleżanka, znając moją
sportową historię, poprosiła mnie żebym pobiegał z jej gościem, Finem, amatorem joggingu.
Wróciłem zmęczony, zadowolony i pełen zapału do regularnego biegania. Pamiętam,
że powiedziałem tacie, iż fajnie byłoby ukończyć kiedyś maraton.
W kresie gdy grałem w koszykówkę treningi biegowe, w terenie
czy na stadionie, nie były dla mnie problemem. Lubiłem je, na tle drużyny wypadałem podczas nich lepiej niż w trakcie
specyficznych koszykarskich zajęć. Szeryf też dobrze biegał. Lepiej ode mnie. W
bieganiu liderami byli dwaj środkowi,
dwa dwumetrowe dryblasy.
Gdy zamieszkaliśmy w pierwszym własnym mieszkaniu też miałem
biegowy zryw. Przez kilka dni wstawałem rano, biegałem, skakałem na skakance. Żeby być fit. Zapału starczyło może na trzy tygodnie. Popełniłem pospolity błąd
początkujących. Chciałem za dużo, za szybko. Nie potrafiłem biegać odpowiednio
wolno, zmęczyłem się, zniechęciłem i zarzuciłem aktywność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz