Przez pierwsze miesiące
biegałem tylko z psami. Do pięciu razy w tygodniu. Rano, przed pracą, żeby było
jasno. Las w pobliżu to nie jest bezkresna puszcza, ale wymaga uwagi. Dużo jest
miejsc z wystającymi korzeniami, nierównych, piaszczystych albo grząskich,
gdzie po opadach długo utrzymuje się woda. Jest kilka całkiem sporych
wzniesień. Są też zwierzęta, sarny, lisy i dziki. Czasami pojawiają się
bezpańskie psy; niestety. Trzeba uważać. Trzeba zerkać pod nogi i rozglądać się
wokół.
Ależ to była frajda! Pusto,
bo ludzi prawie nie spotykaliśmy. Cicho, odgłosy z zabudowań i dróg były mocno
wytłumione. Wokół przyroda i aura. I pęd, szybki bieg, wrażenie zdrowia, przekonanie o mocy w
nogach, w płucach, w sercu, poczucie swobody! Otoczenie czasami brązowo-złociste, innym
razem białe, bywało, że świeżo zielone. Słońce. Ale i jesienne pluchy się zdarzały, i deszcze,
albo topniejący śnieg kiedy nogi przemaczałem już na skraju lasu.
Zakochałem się w tych przeżyciach. Pragnąłem ich, potrzebowałem. Razem z psami uciekałem do lasu przed korporacyjnym stresem. Zapominałem się w biegu, czyściłem głowę z napięcia. Do pracy przyjeżdżałem jeszcze głęboko pogrążony w tych doznaniach. Trudno mi było wrócić do miasta, symbolicznie strzepać z siebie błoto i zająć się firmowymi obowiązkami.
Pamiętam taki zimowy bieg w sobotnie popołudnie, w powoli
nadciągającym zmierzchu. Był lekki mróz. Nad ranem spadł śnieg. Dużo go było,
do połowy łydki. Psy miały melodię do gonitwy, prawie się nie zatrzymywały.
Zrobiliśmy piętnaście kilometrów w tempie bliskim mojej życiówki na tym
dystansie. W świeżym śniegu! Pies biegnący w wyścigowych szelkach, zaprzęgnięty
do profesjonalnego pasa na biodrach oczywiście pomaga człowiekowi. Lekko
ciągnie. Ale bez przesady. Biegałem nie z jednym, a z dwoma młodymi i pełnymi
wigoru huskies. Fantastycznie prowadziły! A i ja starałem się nie obciążać zbytnio własną masą ich
stawów biodrowych. Trzeba było wyciągać nogi.
Wydaje mi się, że z tamtego czasu pochodzi moja sympatia dla biegu ciągłego w drugim zakresie. To mój ulubiony rodzaj treningu. Żywo przed siebie z intensywnością jeszcze nie dyskomfortową.
Wydaje mi się, że z tamtego czasu pochodzi moja sympatia dla biegu ciągłego w drugim zakresie. To mój ulubiony rodzaj treningu. Żywo przed siebie z intensywnością jeszcze nie dyskomfortową.
O ile dobrze pamiętam biegałem tak z Xarą i Rogerem około
ośmiu miesięcy. Bez liczenia kilometrów, bez specjalnego stroju, bez żadnej
potrzeby uczestniczenia w zawodach. Jeżeli myślałem o startach, to bardziej
chodziły mi po głowie wyścigi psich zaprzęgów niż biegi uliczne. Określałem
siebie jako maszera, a nie biegacza.
Pierwsza zmiana zaszła na wiosnę. Robiło się coraz cieplej i
trzeba było ograniczyć psie bieganie. One tak to lubią, że ich instynkt samozachowawczy
może nie zadziałać. W gorące dni parłyby dalej nawet gdyby miały paść. W temperaturach
powyżej 15 stopni pozostają jedynie spacery. A mi brakowało
biegania. Zacząłem więc wychodzić sam.
Po jakimś czasie chciałem wiedzieć jakie dystanse pokonuję.
Kupiłem krokomierz. Coś tam policzył, sprawdził się na początek, ale szybko
przestał wystarczać. Szarpnąłem się na Garmina, zegarek z GPS i pulsometr. Na
laptopie zainstalowałem SportTracks, oprogramowanie do prowadzenia dzienniczka
treningowego. Korzystam z niego do dziś.
Zupełnie jednak nie byłem zainteresowany udziałem w
zawodach. Nie widziałem w tym niczego specjalnego. Pewnie nadal można odszukać
mój wpis na forum jednego z portali, w którym się do tego przyznałem. Odpowiedź
długo będę pamiętał. Mówiła, że gdy wystartuję pierwszy raz i poczuję emocje
temu towarzyszące, nie będę już potrafił zrezygnować ze startów. Tak było.
Ostatecznie jednak zmotywował mnie Krzysztof, kolega z
firmy. Rozmawialiśmy o bieganiu i zapytałem czy ukończył maraton. Powiedział: „tak,
jestem maratończykiem; nikt mi tego nie odbierze”. Wow! To było coś. Poczułem,
że też tak chcę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz