piątek, 8 listopada 2013

Motywacja

Przez pierwsze miesiące biegałem tylko z psami. Do pięciu razy w tygodniu. Rano, przed pracą, żeby było jasno. Las w pobliżu to nie jest bezkresna puszcza, ale wymaga uwagi. Dużo jest miejsc z wystającymi korzeniami, nierównych, piaszczystych albo grząskich, gdzie po opadach długo utrzymuje się woda. Jest kilka całkiem sporych wzniesień. Są też zwierzęta, sarny, lisy i dziki. Czasami pojawiają się bezpańskie psy; niestety. Trzeba uważać. Trzeba zerkać pod nogi i rozglądać się wokół.

Ależ to była frajda! Pusto, bo ludzi prawie nie spotykaliśmy. Cicho, odgłosy z zabudowań i dróg były mocno wytłumione. Wokół przyroda i aura. I pęd, szybki bieg, wrażenie zdrowia, przekonanie o mocy w nogach, w płucach, w sercu, poczucie swobody! Otoczenie czasami brązowo-złociste, innym razem białe, bywało, że świeżo zielone. Słońce. Ale i jesienne pluchy się zdarzały, i deszcze, albo topniejący śnieg kiedy nogi przemaczałem już na skraju lasu.

Zakochałem się w tych przeżyciach. Pragnąłem ich, potrzebowałem. Razem z psami uciekałem do lasu przed korporacyjnym stresem. Zapominałem się w biegu, czyściłem głowę z napięcia. Do pracy przyjeżdżałem jeszcze głęboko pogrążony w tych doznaniach. Trudno mi było wrócić do miasta, symbolicznie strzepać z siebie błoto i zająć się firmowymi obowiązkami.

Pamiętam taki zimowy bieg w sobotnie popołudnie, w powoli nadciągającym zmierzchu. Był lekki mróz. Nad ranem spadł śnieg. Dużo go było, do połowy łydki. Psy miały melodię do gonitwy, prawie się nie zatrzymywały. Zrobiliśmy piętnaście kilometrów w tempie bliskim mojej życiówki na tym dystansie. W świeżym śniegu! Pies biegnący w wyścigowych szelkach, zaprzęgnięty do profesjonalnego pasa na biodrach oczywiście pomaga człowiekowi. Lekko ciągnie. Ale bez przesady. Biegałem nie z jednym, a z dwoma młodymi i pełnymi wigoru huskies. Fantastycznie prowadziły! A i ja starałem się nie obciążać zbytnio własną masą ich stawów biodrowych. Trzeba było wyciągać nogi.


Wydaje mi się, że z tamtego czasu pochodzi moja sympatia dla biegu ciągłego w drugim zakresie. To mój ulubiony rodzaj treningu. Żywo przed siebie z intensywnością jeszcze nie dyskomfortową.

O ile dobrze pamiętam biegałem tak z Xarą i Rogerem około ośmiu miesięcy. Bez liczenia kilometrów, bez specjalnego stroju, bez żadnej potrzeby uczestniczenia w zawodach. Jeżeli myślałem o startach, to bardziej chodziły mi po głowie wyścigi psich zaprzęgów niż biegi uliczne. Określałem siebie jako maszera, a nie biegacza.

Pierwsza zmiana zaszła na wiosnę. Robiło się coraz cieplej i trzeba było ograniczyć psie bieganie. One tak to lubią, że ich instynkt samozachowawczy może nie zadziałać. W gorące dni parłyby dalej nawet gdyby miały paść. W temperaturach powyżej 15 stopni pozostają jedynie spacery. A mi brakowało biegania. Zacząłem więc wychodzić sam.

Po jakimś czasie chciałem wiedzieć jakie dystanse pokonuję. Kupiłem krokomierz. Coś tam policzył, sprawdził się na początek, ale szybko przestał wystarczać. Szarpnąłem się na Garmina, zegarek z GPS i pulsometr. Na laptopie zainstalowałem SportTracks, oprogramowanie do prowadzenia dzienniczka treningowego. Korzystam z niego do dziś.

Zupełnie jednak nie byłem zainteresowany udziałem w zawodach. Nie widziałem w tym niczego specjalnego. Pewnie nadal można odszukać mój wpis na forum jednego z portali, w którym się do tego przyznałem. Odpowiedź długo będę pamiętał. Mówiła, że gdy wystartuję pierwszy raz i poczuję emocje temu towarzyszące, nie będę już potrafił zrezygnować ze startów. Tak było.

Ostatecznie jednak zmotywował mnie Krzysztof, kolega z firmy. Rozmawialiśmy o bieganiu i zapytałem czy ukończył maraton. Powiedział: „tak, jestem maratończykiem; nikt mi tego nie odbierze”. Wow! To było coś. Poczułem, że też tak chcę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz