Gdy teraz wczytuję się w dawne notatki, ze zdziwieniem zauważam, że początkowo nogi gwałtownie reagowały na moją nową pasję. O wielu z tych sytuacji zapomniałem. Zapamiętałem tylko bardziej poważne.
Pierwszą kontuzję, która była przyczyną długiej przerwy, a jej skutki odczuwam do dziś, zafundowałem sobie sam. Przez nieodpowiednie obuwie. Po tygodniach biegania w butach długo już używanych, które nie trzymały stopy i ślizgały się najmniejszym choćby mokrym liściu czy odrobinie błota, kupiłem sobie parę trekkingowców. Teraz to dopiero będę napierał, myślałem. Buty były ciężkie, wysokie na tzw. trzy czwarte, miały agresywny bieżnik i membranę gore-tex. Znakomite do długich leśnych czy górskich wędrówek. Zbyt dużo ważące i przez wysoką cholewkę ograniczające ruch stawu skokowego aby w nich biegać. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Cieszyłem się z membrany i podeszwy Vibram.
Przez tygodnie nic się nie działo. Feralny okazał się wiosenny poranek. Kończyliśmy. Za chwilę mieliśmy wybiec z lasu, a po chwili skręcić w ostatnią czterystumetrową prostą do domu. Nie pamiętam czy byłem zmęczony. Być może zdekoncentrowałem się, bo właśnie minęliśmy miejsce, na którym trzeba było bardzo uważać z powodu wielu dużych korzeni. Wydawało się, że wszystko co trudne już za nami. A może zacząłem się spieszyć do biura, a przede mną była jeszcze kąpiel, śniadanie, karmienie psów, dojazd. Trafiłem stopą w nieduży dołek. Usłyszałem trzask, poczułem ciepło rozlewające się wokół lewego stawu skokowego, po chwili ból. Przewracając się widziałem zdziwienie w oczach psów gwałtownie szarpniętych do tyłu.
Do biegania wróciłem w połowie lipca. Dalej w tych samych butach! A w międzyczasie nie przykładałem się do ćwiczeń rehabilitacyjnych. Efekt? Ograniczona ruchomość stawu skokowego. Nie mogę zrobić głębokiego przysiadu bez odrywania pięty od podłogi, a na stromych podbiegach lewą nogę stawiam na palcach co mocno obciąża ścięgno Achillesa.
Zaraz po półmaratonie w Wiązownie przez dwa miesiące borykałem się dolegliwościami mięśnia brzuchatego lewej łydki i z lewą ostrogą piętową. Obie skutecznie uniemożliwiały mi bieganie. To był taki przedwiosenny czas. Na odkrytym terenie śniegu już nie było, a w lesie nadal zalegała twarda, mocno ubita i zlodowaciała skorupa. Długo się utrzymywała. Nie dawała żadnej przyczepności, nawet po założeniu sprężyn antypoślizgowych. Często pokrywała ją cienka warstwa wody. Nie ryzykowałem biegania w takich warunkach. Psy zostawały w domu, a ja jeździłem do Warszawy żeby trochę potruchtać. Nie wydarzyło się nic gwałtownego. A mimo to podczas jednego z treningów zacząłem odczuwać nasilający się ból lewej łydki. Jakby ktoś przyłożył mi w poprzek nogi pręt zbrojeniowy i z każdą chwilą mocniej go dociskał. Bolało i ograniczało zakres ruchu, nawet przy chodzeniu. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że najprawdopodobniej naderwałem mięsień. Do dziś nie wiem co było przyczyną kontuzji. Leczyłem się sam. Na przemian smarowałem i okładałem lodem. Gdy podczas codziennych aktywności nic nie dokuczało, wychodziłem na próbne biegi. Okazywało się, że przerwa była za krótka. Pierwsza wynosiła siedem dni, kolejna pięć. Takie rwane bieganie, a bardziej niebieganie, trwało około miesiąca.
Niedługo potem zaczęła mnie boleć pięta. Tym razem udałem się do ortopedy, który szybko zdiagnozował ostrogę. Podobno wszyscy je mamy, ale tylko u niektórych aktywizują się w bardzo przykry sposób. Być może unikając bólu i obciążania łydki sam przyczyniłem się do rozwoju nowej dolegliwości. Mocno dała się we znaki. Rano, po obudzeniu ból potrafił być tak silny, że nie mogłem się oprzeć na lewej nodze. Skakałem na prawej żeby dotrzeć do łazienki. Pomogło rozbijanie ultradźwiękami i rozciąganie, ale kolejny miesiąc minął.
Powoli zacząłem rozumieć, że chcąc dalej czerpać radość z biegania muszę zająć się ogólnorozwojówką. Lecz minęło jeszcze trochę czasu zanim regularnie zacząłem się gimnastykować i rozciągać. Staram się przeprowadzać dwie takie dodatkowe sesje w tygodniu. Zajmują łącznie do dwóch i pół godziny. Natomiast nie rozciągam się po bieganiu. Oceniam, że właśnie dzięki tym systematycznie powtarzanym zajęciom kontuzje przestały mnie nękać. Ponadto facetowi w średnim wieku gimnastyka daje więcej korzyści dla zdrowia i formy ogólnej niż bieganie. Nakręca też świadomość, że ruszam się lepiej niż wielu znajomych, często młodszych. Powinienem być więc dobrze zmotywowany. A bywa różnie. Najczęściej muszę się dyscyplinować żeby nie odpuścić kolejnej porcji wyginania. Wiosną i latem jest łatwiej. Długie dni i ciepło umożliwiają ćwiczenia w ogrodzie. Możliwość lansu na oczach sąsiadów też zachęca żeby się jednak ruszyć. Zimą, wewnątrz, w mniejszej przestrzeni tak fajnie nie jest.
Zaraz po półmaratonie w Wiązownie przez dwa miesiące borykałem się dolegliwościami mięśnia brzuchatego lewej łydki i z lewą ostrogą piętową. Obie skutecznie uniemożliwiały mi bieganie. To był taki przedwiosenny czas. Na odkrytym terenie śniegu już nie było, a w lesie nadal zalegała twarda, mocno ubita i zlodowaciała skorupa. Długo się utrzymywała. Nie dawała żadnej przyczepności, nawet po założeniu sprężyn antypoślizgowych. Często pokrywała ją cienka warstwa wody. Nie ryzykowałem biegania w takich warunkach. Psy zostawały w domu, a ja jeździłem do Warszawy żeby trochę potruchtać. Nie wydarzyło się nic gwałtownego. A mimo to podczas jednego z treningów zacząłem odczuwać nasilający się ból lewej łydki. Jakby ktoś przyłożył mi w poprzek nogi pręt zbrojeniowy i z każdą chwilą mocniej go dociskał. Bolało i ograniczało zakres ruchu, nawet przy chodzeniu. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że najprawdopodobniej naderwałem mięsień. Do dziś nie wiem co było przyczyną kontuzji. Leczyłem się sam. Na przemian smarowałem i okładałem lodem. Gdy podczas codziennych aktywności nic nie dokuczało, wychodziłem na próbne biegi. Okazywało się, że przerwa była za krótka. Pierwsza wynosiła siedem dni, kolejna pięć. Takie rwane bieganie, a bardziej niebieganie, trwało około miesiąca.
Niedługo potem zaczęła mnie boleć pięta. Tym razem udałem się do ortopedy, który szybko zdiagnozował ostrogę. Podobno wszyscy je mamy, ale tylko u niektórych aktywizują się w bardzo przykry sposób. Być może unikając bólu i obciążania łydki sam przyczyniłem się do rozwoju nowej dolegliwości. Mocno dała się we znaki. Rano, po obudzeniu ból potrafił być tak silny, że nie mogłem się oprzeć na lewej nodze. Skakałem na prawej żeby dotrzeć do łazienki. Pomogło rozbijanie ultradźwiękami i rozciąganie, ale kolejny miesiąc minął.
Powoli zacząłem rozumieć, że chcąc dalej czerpać radość z biegania muszę zająć się ogólnorozwojówką. Lecz minęło jeszcze trochę czasu zanim regularnie zacząłem się gimnastykować i rozciągać. Staram się przeprowadzać dwie takie dodatkowe sesje w tygodniu. Zajmują łącznie do dwóch i pół godziny. Natomiast nie rozciągam się po bieganiu. Oceniam, że właśnie dzięki tym systematycznie powtarzanym zajęciom kontuzje przestały mnie nękać. Ponadto facetowi w średnim wieku gimnastyka daje więcej korzyści dla zdrowia i formy ogólnej niż bieganie. Nakręca też świadomość, że ruszam się lepiej niż wielu znajomych, często młodszych. Powinienem być więc dobrze zmotywowany. A bywa różnie. Najczęściej muszę się dyscyplinować żeby nie odpuścić kolejnej porcji wyginania. Wiosną i latem jest łatwiej. Długie dni i ciepło umożliwiają ćwiczenia w ogrodzie. Możliwość lansu na oczach sąsiadów też zachęca żeby się jednak ruszyć. Zimą, wewnątrz, w mniejszej przestrzeni tak fajnie nie jest.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz