Bogatszy o warszawskie doświadczenia kolejny maraton planowałem już spokojniej (IX Cracovia Maraton w dniu 25 kwietnia 2010 roku). Priorytetem było przebiegnięcie (przetruchtanie) całego dystansu. Nic nie liczyło się bardziej. Zero marszu!
Jestem maratończykiem! Teraz naprawdę nim się poczułem i mam wewnętrzne przekonanie, że w pełni na to zasłużyłem. Pokonałem biegiem cały dystans maratonu i ani na chwilę nie przeszedłem do marszu!
Przez dobrych kilkanaście godzin nie docierało do mnie co jest moim udziałem i te ponad cztery godziny biegu (miejscami truchtu) zlewały mi się w pamięci. Jednak każdy mijający dzień potęgował uczucie zadowolenia i pewnej tęsknoty za kolejnym takim biegiem. Planowałem, że pierwsze dziesięć kilometrów pobiegnę w tempie 6'10"/km. Kolejne dwadzieścia trochę szybciej (6'00"). Od trzydziestego kilometra nic nie zakładałem, a wszystko uzależniałem od tego jak się będę czuł "gdy zacznie się maraton". Byłem przekonany, że rezultatu na poziomie 04:15:00 mogę być pewien. I gdyby nie bardzo silny wiatr i konieczna przerwa na siusiu (po raz pierwszy odkąd startuję musiałem zejść z trasy) pewnie tak bym ukończył.
Organizatorzy nie wydzielili stref startowych (poza tą dla elity) i nie ustawiłem się dobrze. I pomimo, że próbowałem zwolnić, od pierwszych kilometrów biegłem wraz z innymi szybciej niż planowałem (pierwsze dziesięć kilometrów w średnim tempie 5'57"/km). Nie czułem się tak lekko i swobodnie jak podczas warszawskiej połówki przed miesiącem, która jak dotąd jest moim "idealnym" startem pod względem samopoczucia przez całe zawody. Przez pierwsze cztery, pięć kilometrów musiałem zmagać się z silnymi wątpliwościami "co ja tutaj robię", "to nie ma sensu" itp. Wiele zmieniło się na Starym Mieście, gdzie biegło mi się super. A to za sprawą bardzo ciekawej trasy i wielu ludzi wokół. Potem przyszły kilometry wzdłuż Wisły i monotonia trasy w Nowej Hucie. Choć biegowo był to bardzo dobry odcinek. Złapałem rytm i dłuższy czas biegłem idealnie równo (5'56" ~ 5'58"). Po dwudziestu kilometrach średnie tempo nadal utrzymywało się na poziomie 5'57"/km. Utrzymywałem tempo walcząc z bardzo silnym wiatrem od czoła i nawet dwa dłuższe podbiegi na wiaduktach nie były bardzo trudne. Najgorsza była nuda. W utrzymaniu tempa pomógł inny biegacz, który podłączył się na dwunastym lub trzynastym kilometrze i do półmetka biegliśmy razem. Byłem dla niego świetną zasłoną od wiatru i pomimo, że ani przez moment nie pociągnął, to jego obecność motywowała. Fajnie się biegło razem. Zaraz za półmetkiem zostałem sam, a kolega ukończył bieg ok. siedem minut przede mną. Na dwudziestym kilometrze trasa skręciła w mniejsze ulice Nowej Huty i zrobiło się ciekawiej, ale miejscami we znaki dawały się smrodzące samochody stojące w korkach na przeciwległym pasie jezdni. Do trzydziestego kilometra biegło mi się dość spokojnie i bez większych problemów, choć pewne trudności odczuwałem na dwudziestym trzecim, dwudziestym piątym kilometrze. Średnie tempo trzeciej dziesiątki wyniosło 6:01 co oznacza, że nadal biegłem dość równo (pierwsze dziesięć kilometrów w 59:28, drugie w 59:36, a trzecie w 60:12).
Z samym sobą zmagać zacząłem się gdy wróciliśmy na bulwary wiślane. Trudno było utrzymać tempo i biegłem raz wolniej, raz trochę szybciej. Biegłem trochę otępiały. Jeden z podbiegów, bardzo dziurawy i nierówny, dał się mocno we znaki. Spotkanie z Magdą, Januszem i Wujkami na trzydziestym piątym kilometrze nieco mnie ożywiło. Ostatni podbieg od Wisły okazał się nie bardzo trudny i niedługo potem zobaczyłem przed sobą konstrukcję rozbudowywanego stadionu Białej Gwiazdy. Już blisko! Ale za mną dopiero trzydzieści siedem kilometrów. Musiałem jeszcze pokonać półtorej pętli wokół błoni. W tym momencie zaczął się dla mnie ten maraton. Może nie była to jakaś dramatyczna ściana, ale walczyłem z silną pokusą przejścia w marsz. Za dużo jednak miałem już za sobą, aby to stracić maszerowaniem tuż przed metą. Szczególnie trudny był ten odcinek gdy po torze obok biegli ci, którzy mieli już za sobą większość ostatnich kilometrów. Ja biegłem, a raczej truchtałem. Pewnie niezbyt ładnie, musiałem powłóczyć nogami. Wiatr też nie pomagał. Najwolniejszy był trzydziesty ósmy kilometr, zajął mi 6:38. Średnie tempo ostatnich dwunastu kilometrów spadło do poziomu 06:19. Na ostatniej prostej (jest długa, ok. tysiąca metrów) wyprzedziła mnie grupa biegnąca na 04:15:00. Próbowałem się ich trzymać, ale zabrakło trochę motywacji. Wiedziałem już, że po raz pierwszy przebiegnę cały maratoński dystans i to dzisiaj wystarczyło. Mój wynik: 04:16:40 i 1710 dziesiąte miejsce wśród 2418 sklasyfikowanych. Jest nad czym pracować! :)
Wszystkie dane powyżej dotyczące czasu i tempa biegu (z wyjątkiem rezultatów końcowych) podaję na podstawie zapisów mojego GPS'a. Międzyczasy opublikowane w wynikach maratonu różnią się od tych wskazań. A pulsometr zaczął wariować bardzo wcześnie i nie mogłem opierać się na jego wskazaniach pulsu. Pewnie wazelina, którą byłem posmarowany na piersiach spłynęła i zakłóciła pracę elektrod.
Pogoda generalnie na plus: słonecznie, choć mocny wiatr dawał się we znaki i utrudniał bieg. W miejscach zasłoniętych (niewiele takich) wręcz upalnie. Mocno opaliłem się na przedramionach i na karku, czyli w miejscach odkrytych i tam gdzie się chłodziłem.
Uwagi dot. organizacji:
1. Miasteczko maratońskie duże, przebieralnie obszerne, nie było tłoku, nie było problemów z miejscami do siedzenia, żadnych kolejek do depozytu - duży plus.
2. Do posiłku ustawiły się duże kolejki, ale że w nich nie stałem to nie oceniam tego punktu programu.
2. Minus za obsługę na punktach żywieniowych: na stolikach nie było napełnionych kubeczków, rzadko też kubeczki były podawane. Najczęściej oferowano pełne butelki. To zdecydowanie za dużo jak na jedno picie i może skutkować, że dla ostatnich zabraknie. Na kilku punktach nie było bananów, ani pomarańczy. Dopiero na drugiej połowie dystansu niczego nie brakowało.
3. Nie wyznaczono stref startowych.
4. Trasa mogłaby być ciekawsza, szczególnie nudny jest fragment w Nowej Hucie. W internecie spotkałem się z opiniami, że krakowski maraton jest najtrudniejszy z pięciu należących do Korony Maratonów Polskich. A to za sprawą podbiegów. Fakt jest ich kilka: dwa wiadukty w Nowej Hucie (cztery podbiegi) i trzy, a może cztery na bulwarze wiślanym; jeden szczególnie niesympatyczny, bo bardzo wyboisty.
Wnioski i uwagi własne:
1. Zjadłem zbyt duże śniadanie lub zjadłem je zbyt blisko startu. Trochę się denerwowałem czy nie będę zmuszony szukać na trasie toalety na dłuższą przerwę.
2. Pomoc Magdy i Janusza bardzo przydatna - dres mogłem zdjąć na kilka minut przed startem, co było bardzo korzystne w wietrznym poranku. Ich entuzjazm był dodatkowym motywatorem.
3. Choć miałem własnego Isostar'a, piłem przede wszystkim wodę. Żołądek trochę protestował na izotonik. Jeden łyk był do przyjęcia, ale czułem, że więcej może zakończyć się jakimiś sensacjami. Czy można ograniczyć się tylko do wody na trasie całego maratonu?
4. Organizm też nie bardzo chciał spożywać żeli Isostar. Zdecydowanie lepiej wchodziły banany oferowane na punktach żywieniowych.
5. Fajnie biegnie się z kimś.
6. Do trzydziestego ósmego kilometra wszystko w porządku sercowo, oddechowo i kondycyjnie. Na pętli wokół błoni coś jakby zaczęło się ze mną dziać. Miałem wrażenie, że serce bije mi bardzo mocno, że mam problemy z oddychaniem. To pewnie rezultat wysiłku, a że pierwszy raz się z czymś takim spotykam, to zapisuję. Nie wystąpiły natomiast takie dziwne, "sekundowe" jakby utraty świadomości, których doświadczyłem podczas trzydziestokilometrowych wybiegań. Wszystko dość szybko przeszło, po wyjściu z przebieralni już było ok.
7. W zasadzie żadnych zakwasów, bólów mięśni; żadnych problemów z kolanami. Jedynym śladem po biegu był silny ból stóp (szczególnie prawej). Myślę, że muszę kontynuować poszukiwanie jak najlepszych butów dla siebie.
8. I najważniejsze: więcej pokory i cierpliwości. Nadal zbieram maratońskie doświadczenia. Choćbym nie wiem jak dobrze się czuł w dniach poprzedzających zawody nie powinienem porywać się na super rezultaty. Jeszcze kilka maratonów przede mną. Na razie powinienem celować wczas poniżej 4 godzin i 10 minut.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz