środa, 13 listopada 2013

Przed maratonem

Kontuzja zaważyła też na przebiegu mojego pierwszego maratonu. A tak bardzo na niego czekałem, tak bardzo chciałem zrobić ten pierwszy raz poniżej czterech godzin, tak bardzo marzyło mi się żeby dumnie wypiąć pierś i powiedzieć o  sobie „jestem maratończykiem”.

Przygotowywałem się sam na podstawie coraz liczniejszych lektur o bieganiu. Podstawę stanowiły książki Jerzego Skarżyńskiego i kolejne numery miesięcznika „Bieganie”. I choć używałem określeń typu drugi zakres, bieg ciągły i innych, to generalnie moje treningi polegały na stałym wydłużaniu pokonywanego dystansu. Jak na prezentowany wtedy poziom sportowy biegałem je dość szybko. Nie bardzo wiedziałem, że należałoby zwolnić. Nie bardzo też potrafiłem (chciałem). W lipcu i w sierpniu pokonałem ponad sześćset sześćdziesiąt kilometrów. Wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze.

Problemy zaczęły się w ostatni weekend sierpnia. Zrobiłem długi trening. Po raz pierwszy pokonałem trzydzieści jeden kilometrów. Z dzienniczka treningowego: po powrocie trudno mi było się ruszać, wszystko bolało - najbardziej niepokoi ponownie odzywająca się prawa łydka. Trzy dni później chciałem wystartować na dziesięć kilometrów w Lesie Kabackim, w ramach Grand Prix Amatorów. Zapisałem, że ból łydki nie minął. I dalej... Po rozgrzewce wydawało się, że raczej nie należy biec, ale atmosfera wokół zawodów, spotkani znajomi sprawili, że spróbowałem... Skończyło się na niecałych 800 metrach; kiedy łydka zaczęła już zdecydowanie doskwierać zszedłem z trasy. Na kolejny trening wyszedłem po pełnych siedmiu dniach przerwy. Niestety lekki ból nadal się utrzymywał i z tego powodu zdecydowałem, że następne bieganie musi poczekać jeszcze trzy doby. Wcześniej jednak dwanaście kilometrów zrobiłem. Ból ustąpił na mniej więcej dwa tygodnie przed startem. I ja natychmiast rzuciłem się do odrabiania zaległości. Chciałem odzyskać stracony czas i jeszcze trochę potrenować z intensywnością z końca sierpnia. Nie dałem rady, spuchłem. A potem więcej odpoczywałem niż się przygotowywałem. We wrześniu biegałem osiem razy, pokonałem raptem sto piętnaście kilometrów.

Pełny katalog najczęstszych błędów popełnianych przez nowicjuszy! Czytam te notki z niedowierzaniem. To ja też byłem taki głupi? Zastanawiam się co zrobiłbym dzisiaj gdyby kontuzja przydarzyła się tak blisko startu. Czy pobiegłbym i tak wiedząc, że w nogach brakuje odpowiedniej liczby kilometrów? Czy zdecydowałbym się tylko wziąć udział, bez walki o wynik, pomimo niepewności czy dolegliwość w pełni wyleczyłem? Atmosfera wokół maratonu, wcześniejsze wymagające przygotowania, długie oczekiwanie, kontakty z innymi szykującymi się biegaczami sprawiają, że trudno odpuścić, trudno ostudzić emocje i odłożyć wszystko o kilka miesięcy. Pomimo świadomości ryzyka. Bo to jest naprawdę duży wysiłek. Podejmowanie wyzwania z marszu nie jest, delikatnie mówiąc, wskazane.

Świadomość przychodzi z czasem. Gdy i fizycznie, i psychicznie poczuje się co to znaczy cztery, pięć godzin zmagań z dystansem ponad czterdziestu dwóch kilometrów. Brakowało mi tych doświadczeń. Miałem za to dużo chęci i byłem pełen entuzjazmu. 27 września 2009 roku stanąłem na starcie 31. Maratonu Warszawskiego. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz