Kontuzja zaważyła też na przebiegu mojego pierwszego maratonu.
A tak bardzo na niego czekałem, tak bardzo chciałem zrobić ten pierwszy raz poniżej
czterech godzin, tak bardzo marzyło mi się żeby dumnie wypiąć pierś i powiedzieć
o sobie „jestem maratończykiem”.
Przygotowywałem się sam na podstawie coraz liczniejszych lektur
o bieganiu. Podstawę stanowiły książki Jerzego Skarżyńskiego i kolejne numery
miesięcznika „Bieganie”. I choć używałem określeń typu drugi zakres, bieg
ciągły i innych, to generalnie moje treningi polegały na stałym wydłużaniu
pokonywanego dystansu. Jak na prezentowany wtedy poziom sportowy biegałem je
dość szybko. Nie bardzo wiedziałem, że należałoby zwolnić. Nie bardzo też
potrafiłem (chciałem). W lipcu i w sierpniu pokonałem ponad sześćset sześćdziesiąt kilometrów. Wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze.
Problemy zaczęły się w ostatni weekend sierpnia. Zrobiłem długi trening. Po raz pierwszy pokonałem trzydzieści jeden kilometrów. Z dzienniczka treningowego: po powrocie trudno mi było się ruszać, wszystko bolało - najbardziej niepokoi ponownie odzywająca się prawa łydka. Trzy dni później chciałem wystartować na dziesięć kilometrów w Lesie Kabackim, w ramach Grand Prix Amatorów. Zapisałem, że ból łydki nie minął. I dalej... Po rozgrzewce wydawało się, że raczej nie należy biec, ale atmosfera wokół zawodów, spotkani znajomi sprawili, że spróbowałem... Skończyło się na niecałych 800 metrach; kiedy łydka zaczęła już zdecydowanie doskwierać zszedłem z trasy. Na kolejny trening wyszedłem po pełnych siedmiu dniach przerwy. Niestety lekki ból nadal się utrzymywał i z tego powodu zdecydowałem, że następne bieganie musi poczekać jeszcze trzy doby. Wcześniej jednak dwanaście kilometrów zrobiłem. Ból ustąpił na mniej więcej dwa tygodnie przed startem. I ja natychmiast rzuciłem się do odrabiania zaległości. Chciałem odzyskać stracony czas i jeszcze trochę potrenować z intensywnością z końca sierpnia. Nie dałem rady, spuchłem. A potem więcej odpoczywałem niż się przygotowywałem. We wrześniu biegałem osiem razy, pokonałem raptem sto piętnaście kilometrów.
Pełny katalog najczęstszych błędów popełnianych przez nowicjuszy! Czytam te notki z niedowierzaniem. To ja też byłem taki głupi? Zastanawiam się co zrobiłbym dzisiaj gdyby kontuzja
przydarzyła się tak blisko startu. Czy pobiegłbym i tak wiedząc, że w nogach brakuje
odpowiedniej liczby kilometrów? Czy zdecydowałbym się tylko wziąć udział, bez walki o wynik, pomimo
niepewności czy dolegliwość w pełni wyleczyłem? Atmosfera wokół maratonu,
wcześniejsze wymagające przygotowania, długie oczekiwanie, kontakty z innymi szykującymi się
biegaczami sprawiają, że trudno odpuścić, trudno ostudzić emocje i odłożyć
wszystko o kilka miesięcy. Pomimo świadomości ryzyka. Bo to jest naprawdę duży
wysiłek. Podejmowanie wyzwania z marszu nie jest, delikatnie mówiąc, wskazane.
Świadomość przychodzi z czasem. Gdy i fizycznie, i
psychicznie poczuje się co to znaczy cztery, pięć godzin zmagań z dystansem
ponad czterdziestu dwóch kilometrów. Brakowało mi tych doświadczeń. Miałem za to dużo chęci i byłem pełen entuzjazmu. 27 września 2009 roku stanąłem na
starcie 31. Maratonu Warszawskiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz